powrót

Cisiec, dnia 01-09-2008r.

Budowanie kościołów w PRL

Cd.

 BĘDZIESZ AGENTEM ALBO PÓJDZIESZ SIEDZIEĆ

            Taki wybór dali ubecy budowniczemu chorzowskiego kościoła św. Floriana  ks. Konradowi Szwedzie.

                Jednym z pierwszych kroków do budowy nowego kościoła było zdobycie pozwolenia od władz państwowych. Po październikowej odwilży roku 1956 polityka władz w tym względzie nieco złagodniała, co nie znaczy, że pozwolenia były wydawane od ręki. Owszem, budowniczy chorzowskiego kościoła Ducha Świętego ks. Karol Nawa otrzymał w końcu ten dokument, ale kosztowało go to jedyne… 72 wizyty w odpowiednich urzędach!

                A gdy już pozwolenie było, trzeba było skądś wziąć materiały budowlane. Tylko skąd, skoro komunistyczna gospodarka z zasady oznaczała ciągle niedobory, a jeśli już materiały były, to budowa kościoła była ostatnim celem, na który decydenci chcieli je przeznaczać. By ominąć tę rafę, wierni z Chorzowa kupowali budulec na własne nazwisko i przekazywali go parafii. W ten sposób ks. dr Nawa został nielegalnym posiadaczem materiałów budowlanych, za co został skazany na 3 lata więzienia. Faktycznie odsiedział dwie trzecie tego wyroku.

                Modlitwa o cegłę

                Uchodzący za oryginała, a jednocześnie gorliwego duszpasterza ks. Szweda chwytał się innych sposobów. W swoich wspomnieniach pisze: „Klęknąłem przed bezdusznym biurokratą w cegielni w Kozłowej Górze, błagając o trochę pustaków, lecz nie otrzymałem”.

                W innych miejscach ks. Szweda miał więcej szczęścia, ale… W lipcu 1960 r. SB miała do dyspozycji materiały, dzięki którym można było oskarżyć duchownego o „nadużycia” przy budowie chorzowskiej świątyni. Chodziło o pieniądze, jakie ks. Szweda miał wręczyć pracownikom Kozielskich Stoczni Rzecznych za wykonanie robót konstrukcyjno-stalowych. Jednak zamiast od razu skierować sprawę do sądu, esbecy postanowili podjąć próbę szantażu i zrobienia z księdza swego tajnego współpracownika - tym cenniejszego, że cieszącego się przyjaźnią katowickiego biskupa i jego otoczenia. „Albo będziesz agentem, albo pójdziesz siedzieć”- tak w skrócie brzmiała ich oferta.

                W areszcie

                Późną jesienią        1960 r. ks. Szweda trafił do „aresztu wydobywczego”. Nękany atakami wątroby i reumatyzmem przez 5 tygodni musiał spać na podłodze. Ponieważ miał za sobą kilkuletni pobyt w obozach koncentracyjnych w Dachau i Auschwitz (gdzie spowiadał się u św. Maksymiliana Kolbego), sąd w końcu pozwolił mu odpowiadać z wolnej stopy, a po wydaniu wyroku skazującego zawiesił wykonanie kary. Stało się to m. In. po interwencji Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego.

            Jarosław Dudała

                        Z ZASKOCZENIA

            „W Tarnobrzegu nigdy nie będzie nowego kościoła” - tymi słowami przekonywano ks. Michała Józefczyka w Urzędzie do Spraw Wyznań, aby zaprzestał budowy nowego kościoła.

                W połowie lat 60, diecezja przemyska borykała się z problemem niewystarczającej liczby parafii. Widoczne to było m. in. w Tarnobrzegu, gdzie brak zgody władz komunistycznych na budowę nowej świątyni uniemożliwiał otoczenie odpowiednią posługą duszpasterską robotników Kopalni i Zakładów Przetwórstwa Siarki „Siarkopol”. W mieście tym - od 1975 r. siedzibie województwa - znajdowała się jedna świątynia, klasztor dominikanów.

                W 1979 r. bp Ignacy Tokarczuk wezwał do siebie ks. Michała Józefczyka: „Ks. biskup wyciągnął mapę Tarnobrzega i objaśnił mi, że w mieście tym jest tylko jeden kościół i koniecznością jest znalezienie miejsca na nowy. Tego samego dnia, 8 maja 1979 r., przyjechałem do Tarnobrzega”. Na samym początku zakupiono działkę pod budowę kościoła, a materiały budowlane zgromadzono i przygotowano w Lipnicy.

                Wielka modlitwa

                Od początku powstania kościoła aż do października 1979 r. trwała w nim ustawicznie adoracja Najświętszego Sakramentu. W ten sposób broniono świątyni przed możliwością podpalenia. Szykany spotkały kapłana odpowiedzialnego za budowę kościoła - ks. Józefczyk został skazany 30 maja 1979 r. przez kolegium do spraw wykroczeń na karę grzywny (później karę taką wymierzano mu jeszcze kilkunastokrotnie), a we wrześniu 1979 r. przez Sąd Rejonowy w Janowie Lubelskim na rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Był też wzywany do Urzędu do Spraw Wyznań, gdzie próbowano wymusić na nim decyzję o zaniechaniu rozbudowy świątyni. Aż do 1989 r. nie został też zameldowany w Tarnobrzegu.

                Zgodę na budowę świątyni otrzymał w 1982 r. Wtedy też w listopadzie kamień węgielny pod budowę murowanej świątyni poświęcił inicjator całego przedsięwzięcia - bp Ignacy Tokarczuk.

                                 Mariusz Krzysztofiński

             FENOMEN TOKARCZUKA

            W okresie rządów bp. Ignacego Tokarczuka diecezja przemyska stała się fenomenem w skali kraju w dziedzinie budownictwa sakralnego

- w latach 1966-1992 wybudowano tam aż 408 nowych kościołów.

                Jednym z pierwszych kroków nowego ordynariusza było poznanie całego podległego mu terenu. Obejmował on zarówno rozległe obszary Bieszczadów, gdzie kościoły były rozmieszczone rzadko, jak i rozwijające się po wojnie ośrodki przemysłowe, w których liczba wiernych znacznie się powiększyła. Konieczność powiększenia sieci parafialnej stała się natychmiast powodem konfliktu z władzami, które bardzo rzadko wydawały zezwolenia na budowę kościołów. Przykładowo w 1976 r. w diecezji przemyskiej złożono 55 wniosków dotyczących budownictwa sakralnego, z których pozytywnej odpowiedzi doczekało się 10.

                 Metodą faktów dokonanych

            Po początkowych próbach uzyskania zgody władz i otrzymaniu odpowiedzi negatywnej bp Tokarczuk postępował metodą faktów dokonanych. Udzielał wsparcia kapłanom i wiernym, którzy stawiali krzyże i kaplice, a także kościoły, często w budynkach mieszkalnych adaptowanych na ten cel. Reakcją władz na takie postępowanie były protesty składane na ręce biskupa i Prymasa Polski. Starano się także uderzać bezpośrednio w budowniczych kościołów. Temu służyły nakazy rozbiórki oraz kary administracyjne nakładane na świeckich i kapłanów, zapadały także kary sądowe. Bp Tokarczuk zawsze informował wiernych o kolejnych represjach, w tym karach pieniężnych, które były opłacane przez całą społeczność. Dodatkowym elementem pozytywnym, jaki wyłonił się z zaangażowania wiernych w akcie związane z budownictwem sakralnym, było przezwyciężenie strachu i tworzenie się wspólnoty opartej początkowo na płaszczyźnie religijnej, a następnie obywatelskiej.

                Czynnikiem umożliwiającym rozwój budownictwa sakralnego stało się poparcie, jakie otrzymał ordynariusz przemyski ze strony Prymasa Polski. Przemawiając podczas sesji naukowej na KUL w 1973r., powiedział on:

Na kościelnej mapie Polski intryguje mnie zawsze świetlana plama diecezji przemyskiej. Wiem, że dzieją się tam cuda i to chyba widać. Dochodzimy do wniosku, że biskup przemyski ma rację. Nie ma innego sposobu, trzeba działać tak jak on. Nasi wierni też dochodzą do przekonania, że nie ma innego sposobu, tylko tak… Więcej na ten temat nie powiem.

                Próbowano na różne sposoby przechytrzyć władze. Na przykład w Babicy z zaplanowanego do budowy obiektu (budynek gospodarczy - stajnia wraz z przechowalnią owoców) powstał w latach 1970-1971 tymczasowy kościół. Został poświęcony przez bp. Tokarczuka w sierpniu 1971 r. Wkrótce powstała tam oddzielna parafia. Zaangażowany w budowę ks. Antoni Domino oraz jego ojciec Gabriel, który przekazał plac pod budowę, zostali ukarani grzywnami pieniężnymi i wyrokami więzienia (karę zawieszono).

                                        Piotr Chmielowiec

             NIELEGALNY BUDOWNICZY

            Zbudował w PRL-u plebanię, dom katechetyczny, dzwonnicę, schron przeciwatomowy, gmach dla filii KUL. Wszystko nielegalnie.

                Zaczęło się od tego, że w  1967 roku 30-letni ks. Edward Frankowski wymienił drewniany płot na drucianą siatkę. Działo się to przy kaplicy w Chyłach na obrzeżach Stalowej Woli. Władze uznały, że to „samowola budowlana” i nałożyły na księdza grzywnę. Ksiądz nie zapłacił. No i jak coś zarekwirować na poczet kary od człowieka, który mieszka w stodole?

                Bo ks. Frankowski rzeczywiście miał w stodole wymurowaną małą izbę, którą ogrzewał elektrycznym piecykiem. Urzędnicy kazali ją rozebrać, ale ks. Frankowski się tym nie przejął.

                 „Czarny” się nie boi

                Skoro ks. Edward nie przejął się grzywną za płot, nie zwracał też uwagi na rosnący plik grzywien za większe budowy. Spokojnie stawiał z parafianami przybudówki do kaplicy i wylewał przed wejściem do niej betonowe schody. Esbecy otoczyli go siecią tajnych współpracowników, którzy przekazywali oficerom prowadzącym każde usłyszane od niego słowo. Sprawie rozpracowania operacyjnego ks. Frankowskiego SB nadała kryptonim „Czarny”.

                Kiedyś esbek przyszedł do księdza osobiście. „Pozwoliłem sobie na to, by się przejechać po jego sumieniu. Powiedziałem mu, że się bardzo wyobcował z tutejszego środowiska. Że jest biedna sierota. Że mogę mu podać rękę. A tymczasem on mi zaczyna grozić” - opowiadał po latach ks. Frankowski ks. Stanaszkowi, autorowi książki „Zdecydowany przeciwnik ustroju”. Pomogły parafianki. - Wybiegały co chwila z pytaniem: „Czego tu szuka? Księdza nie dręczyć!”. Za jakiś czas przyszli mężczyźni z huty i w takim towarzystwie ubowiec opuścił plebanię”- wspominał.

                Później ks. Edward został proboszczem w centrum Stalowej Woli. Zbudował tam m. in. dom katechetyczny, dzwonnicę, gmach filii dla KUL. - Mogłem budować bez pozwoleń, bo mieszkańcy Stalowej Woli stali za mną murem. Na budowę przychodziło tak dużo ludzi, że musiałem ciągle otwierać nowe fronty robót. Inaczej ludzie musieliby odejść z kwitkiem - wspomina dzisiaj.

                 Uciekli pod ziemią

            Esbecy zatruwali ks. Frankowskiemu życie, kolportując po osiedlach anonimy z kłamstwami na jego temat. Chcieli, żeby parafianie przestali mu ufać. Władze odcięły mu też ogrzewanie w środku zimy. Żądały jego przeniesienia w listach do biskupa Tokarczuka. Kusiły, że z innym proboszczem ich współpraca w Stalowej Woli rozkwitnie. Może jakiś inny biskup machnąłby ręką i dla świętego spokoju ks. Frankowskiego przeniósł. Ale akurat bp Tokarczuk też wyznawał zasadę, że przed komunistami nie należy się cofać.

                Ks. Edward z parafianami zbudowali nawet podziemne przejście między domem katechetycznym a kościołem. Gdyby je wykończyć, może służyć jako schron przeciwatomowy. Ma czerpnię powietrza, która pozwala oddychać nieskażonym powietrzem przez dwa tygodnie. To przejście przydało się w 1988 roku, gdy u księdza zebrał się komitet strajkowy hutników. Nagle gmach otoczyła milicja.

- Poleciałem do obradujących i wyprowadziłem ich pod butami milicjantów do kościoła. Akurat trwała Msza św. Ludzie z komitetu wmieszali się w tłum i uciekli. A huta podjęła strajk - wspomina Edward Frankowski, który jest dzisiaj biskupem pomocniczym diecezji sandomierskiej.

                             Przemysław Kucharczak

 

powrót